Musiałem odwieźć auto do mechanika…

Tak, mam samochód, choć bardzo mało nim jeżdżę. Zgadzam się natomiast z Michałem Beimem, który w jednym wywiadów powiedział, że nie ma nic złego w ruchu samochodowym, pod warunkiem, że samochodem jeżdżą tylko ci, co muszą.
Ale ja nie o tym. Od mechanika musiałem jakoś wrócić. Pakowanie roweru holenderskiego do bagażnika nie należy do rzeczy łatwych, ani praktycznych – najczęściej kończy się stratami, np. pogiętymi błotnikami, urwanym dzwonkiem itp. Wpadłem więc na pomysł, że wyciągnę z piwnicy swojego pełnoletniego już ”górala”, którego nie dosiadałem odkąd ponad dwa lata temu doznałem bardzo niemiłego ataku rwy kulszowej – lekarz stanowczo odradził mi jazdę w pozycji schylonej.
Pożegnawszy więc mojego nieekologicznego przyjaciela (żartuję, nie jestem z tych, którzy personifikują auta), dosiadłem swą starą dwukółkę. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że ząb czasu był dla niej łaskawy. Rower trzymałem zawsze pod dachem i dbałem o niego jak należy, wymieniałem, co trzeba, a rama i widelec ze stali chromowo-molibdenowej są dużo bardziej trwałe, niż te ze stosowanego dziś w podobnej klasy rowerach aluminium, a równie lekkie. Jednym słowem: igła bez cienia rdzy.
Wsiadłem i … prawie spadłem. Jedyne, co mi przeszło przez myśl, to: jak mogłem przez tyle lat na czymś takim jeździć? Siedzenie na wysokości kierownicy, zgarbiona sylwetka, opony robiące „trrr” w czasie jazdy po asfalcie, ciągła praca mięśni tułowia, brzucha i rąk w celu utrzymania ciężaru na rowerze… Spojrzeć za siebie? Nie ma sprawy, najlepiej pod własną pachą. Zwrotność? Jak w tirze. Stabilność? Brak. Wysiłek? 100%. Dojechałem spocony, zmęczony i wkurzony. Ponieważ po drodze miałem odcinek terenowy (ciągnąca się od miesięcy budowa ulicy pomiędzy Mogilską, a Ostatnią, Krakowskie Niedasie zrobić legalne przejście, choć na budowie w porywach pracuje jednocześnie 5 osób), dotarłem również zakurzony i nieco obolały.
Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ codziennie odpieram zarzuty, że rower nie nadaje się na środek komunikacji, że bez prysznica w pracy nie ma sensu dojeżdżać do niej rowerem, że to męczące, czasochłonne, wolne i nie dla każdego. Wreszcie, że żeby jeździć na rowerze poza “sezonem”, trzeba być jakimś hardkorem.
Otóż nie! Problemem nie jest rower jako taki. Problemem jest, najbardziej w naszym kraju wciąż rozpowszechniony rower górski. Promowany jako rower uniwersalny, naprawdę wcale nim nie jest. Wydając 2-3-5 tysięcy złotych, kupujemy pojazd rekreacyjny, lub sportowy, dostosowany do jazdy terenowej (opony, które robią „trrr”, milion biegów, mocne hamulce), nie nadający się na drogi asfaltowe, że o mieście nie wspomnę. Zgięta sylwetka rowerzysty nie tylko utrudnia obserwację otoczenia, ale również wymaga dodatkowego wysiłku mięśni w celu stałego utrzymania masy tułowia. Jadąc “głową do przodu” w przypadku zdarzenia drogowego narażamy ją na dodatkowe ryzyko jej uszkodzenia. Na myśl od razu przychodzi konieczność noszenia kasku.
Do tego dochodzi problem z ubiorem – jadąc w pozycji pochylonej bez odpowiednich rowerowych ciuchów, wystawiamy swoje lędźwie na działanie chłodu, ciężej nam się ochronić przed deszczem, a nieosłonięty łańcuch zagraża nogawce.
Jeżdżąc od dwóch lat wyłącznie na rowerze holenderskim zapomniałem o tych problemach. Ubieram się tak, jakbym miał iść lub jechać tramwajem.
Garnitur w styczniu? Nie ma problemu.
Po przejechaniu kilku km konieczny prysznic? Błagam. Jazda na holendrze nie męczy.
Piszczące hamulce? Skrzypiący łańcuch? Błotnista “śnieżka” na plecach po jeździe w deszczu? E tam. Przerzutka w piaście, hamulce w piaście, łańcuch w osłonie. Wszystko osłonięte, wodo- i brudo- odporne.
A że rower waży 20kg lub więcej? I co z tego? Służy do jeżdżenia w poziomie, nie w górach, przyspieszenie jest mniej istotne, ważniejsze są małe opory toczenia wąskich kół.
Nie jest moim celem pognębienie tych, którzy świadomie, z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów wybrali rower górski jako ten właściwy dla siebie. Tekst ten kieruję raczej do tych, którzy z rowerem eksperymentują, rozważają go jako poważny, całoroczny środek transportu. Do tych osób apeluję: kiedy odczujecie dyskomfort związany z użytkowaniem roweru, zastanówcie się, czy aby nie wynika to z tego, że Wasz rower nie jest przystosowany do jazdy miejskiej, zimowej, w złą pogodę i cywilnych ciuchach. Rozważcie, jak mieszkańcy krajów o bardziej rozwiniętej kulturze rowerowej, jeżdżący na dwóch kółkach przez cały rok, zakup roweru miejskiego typu holenderskiego! Używany egzemplarz znajdziecie już za 300zł, a za 1000zł możecie liczyć na pełen wypas.

Elektrotechnika w ruchu

Do ruchu drogowego, w wielkim przybliżeniu, można stosować niektóre prawa znane z elektrotechniki. I tak, na podstawie praw Kirchhoffa wychodzi, że budowa tunelu w ciągu Zakopianki tylko pogorszy sytuację na Podhalu: ruch (prąd) jest proporcjonalny do popytu (siła elektromotoryczna) i konduktancji (odwrotność rezystancji, inaczej przepustowość dróg) całej trasy – to prawo Ohma. Jednocześnie napięcie powstające w wąskich gardłach (korki, zatory) jest proporcjonalne do prądu (wspomniany już ruch) i oporu w danym miejscu (zwężenia). Co więcej, w takich miejscach, reprezentowanych przez rezystancję, wydziela się moc, czyli zużywana jest energia (paliwo, nerwy). Jeżeli ta moc nie jest pożytkowana na coś pożytecznego (praca – przemieszczanie się), to jest tracona bezpowrotnie (na ciepło – prawo Joule’a).
Wracając do praw Kirchhoffa, udostępnienie alternatywnej trasy (przewodnika) sprawi, że część ruchu (prądu) przeniesie się tam i będzie ona proporcjonalna do jego konduktancji. Jeżeli konduktancja będzie bliska nieskończoności, cały ruch przeniesie się tam. Wysoką konduktancję (zerowy opór) uzyskujemy przy pomocy zjawiska nadprzewodnictwa, które polega na uporządkowaniu ruchu elektronów w przewodniku. I tu nasuwa się jedna analogia: pociąg.

Złośliwość na rowerze

Z tą złośliwością to bywa trudno. Wczoraj po raz kolejny jadąc Brodzińskiego z lewą ręką wyciągniętą jakbym chciał odlecieć (sygnalizowanie chęci skrętu na Kładkę Bernatka) zostałem wyprzedzony przez golfiarza, który przekroczył dwie ciągłe linie (nie jedną podwójną, lecz dwie, jedną odgradzającą pas do skrętu, a drugą kontrapas) i pomknął. Złamał tym samym przepisy za jakieś 10 punktów. Pogoniłem za gościem celem wyłożenia, co o nim myślę, ale mimo najszczerszych chęci nie dogoniłem.

Byłem jednak mocno nabuzowany, pojechałem więc dalej, myśląc sobie, wszystko mi jedno. Chciałem być złośliwy. Najpierw na moście na ul. Starowiślnej wyprzedziłem dwa busy jadąc po torach tramwajowych, ale, cholera, tramwaj nie nadjechał. Potem miałem nadzieję, że może kogoś przyblokuję na skrzyżowaniu, ale tak się światła złożyły, że ruszyłem niemal z piskiem opon (o ile można ruszyć z piskiem opon na 20-letniej holenderce), a d*py w samochodach za mną jeszcze przez 15 minut szukały pierwszego biegu. Następnie dwukrotnie (pod mostem Kotlarskim i przy rondzie Grzegórzeckim) wymusiłem (niestety, należne mi) pierwszeństwo. Myślałem, czy by nie przejechać po jakimś pieszym, ale ograniczyłem się do strąbienia dwóch kobiet, które wpakowały mi się pod koła na DDRze. I tak dotarłem do domu. Bardzo chciałem się wyżyć, zrobić komuś złośliwość, jak przystało na rowerzystę, wkurzonego piekielnego rowerzystę z sennych koszmarów Rafała Misia i, kurczę, nie udało mi się.

Bezpieczeństwo dzięki jakości i ergonomii infrastruktury

Z wielką uwagą przeczytałem artykuł Mateusza Drożdża p.t. “Dbamy o rowerzystów, ale kto zadba o pieszych” w ostatnim numerze Biuletynu Rady Dzielnicy 3 Prądnik Czerwony. Tekst traktuje o niezmiernie ważnym, lecz wciąż zaniedbywanym problemie bezpieczeństwa i komfortu pieszych na chodnikach w konfrontacji z nie zawsze legalnie się po nich poruszającymi rowerzystami.

Wg autora rozwiązaniem miałaby być uchwała kierunkowa wzywająca prezydenta do ustanowienia ograniczeń prędkości pojazdów na chodnikach oraz „jasnych zasad pierwszeństwa pieszych na chodnikach oraz skrzyżowaniach ciągów pieszych i rowerowych”. Pozwolę sobie skomentować powyższe postulaty.

Zgodnie z kodeksem drogowym rowerzysta poruszający się po chodniku, a także każdy prowadzący pojazd (w tym rower) zbliżający się do przejścia dla pieszych ma obowiązek zachować szczególną ostrożność i udzielić pierwszeństwa pieszemu. Jest to przepis niemal tak fundamentalny, jak to, że na czerwonym świetle należy się zatrzymać.

Rowerzysta po chodniku może się poruszać jedynie w szczególnych sytuacjach (przy warunkach atmosferycznych ograniczających widoczność, śliskiej nawierzchni, w trakcie opieki nad jadącym na rowerze dzieckiem w wieku do lat 10, kiedy na jezdni dopuszczona jest prędkość wyższa niż 50km/h, a chodnik ma przynajmniej 2,5m szerokości, lub jeśli pozwalają na to odpowiednie znaki). Niezależnie jednak od powodu dopuszczenia do ruchu po chodniku, a także w czasie jazdy po tzw. ciągu pieszo-rowerowym rowerzysta jest zawsze gościem i ma obowiązek ustąpić pierwszeństwa pieszym.

Z kolei to, co w artykule nazywane jest „skrzyżowaniem ciągów pieszych i rowerowych” w rzeczywistości jest przejściem dla pieszych, na którym pierwszeństwo pieszego jest równie fundamentalne, co nieprzestrzegane przez innych uczestników ruchu w naszym kraju.

Reasumując, uchwała wzywająca do podjęcia działań w sprawie ochrony pieszych na „ich terenie”, jakkolwiek słuszna i chwalebna, będzie nieskuteczna, gdyż w dużej części pokrywa się z obowiązującym, lecz nie zawsze przestrzeganym prawem o ruchu drogowym, a w części pozostałej sugeruje wprowadzenie ograniczeń prędkości, których przestrzeganie i egzekwowanie będzie sprawą wątpliwą, gdyż trudno sobie wyobrazić, by policja kontrolowała prędkość rowerzystów.

Wydaje się, że na opisany przez Mateusza problem istnieją dwa rozwiązania systemowe: pierwsze to powszechna szkolna edukacja na temat wybranych przepisów prawa o ruchu drogowym, która umożliwi bezpieczną jazdę rowerem i poruszanie się pieszym, a także uświadomi uczącym się, że nie groźba otrzymania mandatu, lecz bezpieczeństwo powinny być najważniejszą motywacją do przestrzegania kodeksu.

Drugie rozwiązanie, które nie wymaga znacznych nakładów, to troska o jakość infrastruktury pieszej i rowerowej na wszystkich szczeblach administracji decydujących o jej kształcie. Nigdzie na świecie, nawet w krajach takich, jak Holandia, nie jest tak, że wszyscy w stu procentach przestrzegają przepisy, jednak dbając o jakość i ergonomię infrastruktury można sprawić, że prawidłowe i bezpieczne zachowania uczestników ruchu stają się naturalne i spontaniczne!


Posłużmy się przykładem: Nowo wybudowane skrzyżowanie al. Jana Pawła II i ulic: Mogilskiej, Meissnera i Lema stanowi podręcznikowy przykład, jak infrastruktura rowerowa i piesza nie powinna wyglądać. Jeśli spojrzymy tylko na północny jego narożnik (prawoskręt z al. Jana Pawła II w Meissnera) to zauważymy, że trasa przewidziana dla pieszych na tej relacji jest nienaturalnie długa, co wydłuża czas przejścia przez tego odcinka nawet o pół minuty. Piesi będą więc (i już to robią) podświadomie skracać trasę idąc ścieżką rowerową, w dodatku wzdłuż ekranów akustycznych zbudowanych po wewnętrznej stronie łuku. W efekcie wcześniej czy później dojdzie do tragedii polegającej na potrąceniu pieszego przez rowerzystę.

Skrzyżowanie Meissnera/Lema/Jana Pawła II/Mogilskiej
Skrzyżowanie Meissnera/Lema/Jana Pawła II/Mogilskiej. Piesi nic sobie nie robią ze ścieżki rowerowej. © 2014 Maciej Ochałek
Lewoskręt rowerzysty
Rowerzysta zamiast zrobić “U” skróci trasę chodnikiem (M.O. / materiały wykonawcy)


 

 

 

 

 

 

Tymczasem rowerzysta, który nadjedzie od wschodu i będzie chciał przekroczyć ul. Meissnera jadąc na wprost lub skręcić w lewo w ul. Lema, będzie miał do pokonania trasę w kształcie litery U. Na pewno część rowerzystów skróci sobie tę drogę jadąc chodnikiem, dzięki czemu zaoszczędzi konieczności hamowania, a w ekstremalnym przypadku nawet poślizgu.

Mówi się, że w Danii nie buduje się chodników od razu, tylko czeka, aż piesi wydepczą ścieżki, znaczące najczęstsze szlaki ich podróży i chodniki układa się w miejscach, gdzie te powstały ścieżki. Jest to mit. W Danii, a także w wielu innych krajach, przestrzeń projektuje się z uwzględnieniem bezpieczeństwa i wygody ludzi, bo to ludzie, a nie samochody, są użytkownikami tej przestrzeni.

Mając powyższe na uwadze, moglibyśmy z łatwością przeprojektować układ chodników i ścieżek rowerowych przy skrzyżowaniu Jana Pawła II i Meissnera, jeśli tylko zastosujemy się do kilku podstawowych zasad ergonomii ruchu: wystarczy pamiętać, że pieszy zawsze wybiera trasę najkrótszą, a rowerzysta dąży do minimalizacji konieczności hamowania i nagłego skręcania. Jeśli ciągi piesze i rowerowe zostaną zaprojektowane niezgodnie z tymi zasadami (np. tak, jak wspomniane wyżej skrzyżowanie, albo z użyciem przejść podziemnych lub kładek), część uczestników ruchu zignoruje oznakowanie i urządzenia bezpieczeństwa ruchu drogowego, nawet jeśli oznacza to złamanie przepisów i narażenie siebie lub innych na niebezpieczeństwo!

Ponadto, zgodnie z prawem o ruchu drogowym rower to pojazd, więc jego miejsce znajduje się na pewno bliżej jezdni, niż miejsce pieszego. W ten sposób otrzymujemy plan skrzyżowania zwanego holenderskim: ścieżki rowerowe fizycznie oddzielone od chodników krawężnikiem i/lub różnicą poziomu nawierzchni, szerokie łuki dla rowerzystów, krótkie dystanse do pokonania przez pieszych i najlepsza możliwa widoczność między wszystkimi uczestnikami ruchu, z zachowaniem specyfiki ich poruszania i możliwości percepcyjnych. Fizyczne oddzielenie drogi dla rowerów od jezdni jest również możliwe, a na samym skrzyżowaniu wskazane ze względów bezpieczeństwa, jednak przez cały czas między rowerzystami a pieszymi istnieje wyraźna bariera, której nie posiada obecnie budowana infrastruktura rowerowa, bazująca na ścieżkach rowerowych „przytulonych” do chodników, ciągach pieszo-rowerowych i chodnikach z dopuszczonym ruchem rowerowym.

Skrzyżowanie holenderskie
Skrzyżowanie holenderskie, (https://www.youtube.com/watch?v=FlApbxLz6pA)

 

Tegoroczne referendum, a w nim pytanie o budowę ścieżek rowerowych rozpoczęło nową epokę w dziejach roweru miejskiego. Prezydencki zespół zaplanował wydanie w ciągu kilku lat ponad 140 milionów złotych na nową infrastrukturę rowerową. Najwyższy czas, by oprócz na ilość postawić również na jakość.

Dlatego, gratulując nowo wybranym Radnym Miasta Krakowa i naszej Dzielnicy, zwracam się do Nich z apelem, by stanęli na straży jakości nowo budowanych i remontowanych ulic, chodników i dróg rowerowych i nie dopuszczali (np. poprzez bezkompromisowe negatywne opiniowanie) projektów, które nie reprezentują sobą najwyższych standardów bezpieczeństwa ruchu pieszych i rowerzystów, a także by dążyli, przy współpracy z sekcją rowerową ZIKiT do przebudowy miejsc niebezpiecznych, takich, jak wymieniony w artykule Mateusza Drożdża, chodnik przy ul. Lublańskiej. W ten sposób niech nasi Reprezentanci zadbają o niechronionych, lecz często również niewyedukowanych uczestników ruchu.

Uwagi do projektu uchwały

do: powietrze@umwm.pl

Szanowny Panie Marszałku, Szanowni Radni!

Złożyłem już swój podpis na stronie chceoddychac.pl, ale wobec medialnych informacji, że może on nie być uznany, postanowiłem napisać osobiście.

Jestem zaskoczony postawą przedstawicieli Zarządu Województwa wypowiadającymi się na ten temat. Trudno oczekiwać od szarych obywateli, by ci przesyłali ekspertyzy dotyczące wpływu palenia takich, czy innych rodzajów paliw w takich, czy innych rodzajach pieców.

Z kolei zarzut powtarzalności nadesłanej korespondencji nie po raz pierwszy pojawił się przy okazji konsultacji społecznych prowadzonych drogą mailową. Nadesłanie kilkuset identycznych tekstów oznacza nic innego, jak to, że kilkaset osob popiera takie stanowisko i w żadnym wypadku nie powinno być traktowane jako spam!

Dziwne są również inne zarzuty kierowane za pośrednictwem pracy pod adresem biorących udział w konsultacjach – o braku podpisów, czy innych wymaganych danych. Gdyby konsultacje odbywały się w formie spotkania, niemożliwe byłoby skojarzenie każdej wypowiedzi z nazwiskiem osoby, która ją wypowiedziała, nawet jeśli nazwisko to figurowałoby na liście obecności.

Adres mailowy zgodnie z polskim prawem stanowi dane osobowe, a więc cechę pozwalającą na identyfikację właściciela. Każdy taki, najkrótszy nawet głos, poparcia lub nie, dla zakazu palenia węglem powinien być uwzględniony!

Wracając jednak do meritum, po pierwsze chciałbym oświadczyć, że w całości popieram tekst uwag przedstawionych na stronie chceoddychac.pl i nie będę ich tutaj powtarzać.

Ponadto uważam, że jakiekolwiek półśrodki, opierające się na kontrolach służb miejskich, gminnych, czy nawet policji, będą zwyczajnie nieefektywne. Już teraz, Straż Miejska Miasta Krakowa nie jest w stanie egzekwować istniejącego zakazu palenia śmieci. Uprawnienia do tego ma jedynie kilku strażników, a nawet oni nie mają prawa do wejścia na teren posesji bez zgody właściciela. Że takie kontrole nie działają wie każdy, kto choć raz próbował do takiej kontroli doprowadzić.
W zeszłym roku wystawiono mandaty na łączną sumę jedynie 9000zł, co oznacza 18 kontroli zakończonych ukaraniem 500-złotowym mandatem. Tyle domów zanieczyszczających powietrze jestem w stanie wskazać w obrębie trzech ulic otaczających miejsce, w którym mieszkam, a tylko w mojej dzielnicy (Prądnik Czerwony) na każdy hektar przypada emisja wynosząca 33kg pyłu PM10 (licząc również obszary całkowicie polegające na centralnym ogrzewaniu) i 1kg na każdego mieszkańca dzielnicy, niezależnie od jego miejsca zamieszkania (źródła: Atmoterm: “Opracowanie eksperckie w zakresie wprowadzenie ograniczeń w stosowaniu paliw stałych na terenie Krakowa” z 2011, GUS, obliczenia własne).

W jaki sposób zatem miałaby wyglądać efektywna kontrola zgodności pieców z nowymi wymogami? Jest ona niemożliwa! Jedynie zakazując całkowicie stosowania pieców na paliwa stałe i ciężki olej opałowy będziemy w stanie wyeliminować proceder palenia złej jakości paliwami niewiadomego pochodzenia oraz śmieciami w nieefektywnych, nieekologicznych piecach.

Szanowni Państwo, stoicie przed bardzo ważną decyzją. W Waszych rękach ważą się losy zdrowia i życia miliona mieszkańców Krakowa i prawie 3,5mln mieszkańców województwa. W dużej części są to osoby nieświadome ryzyka, jakie niesie zanieczyszczenie powietrza. Powtarzam, to od Was zależy ile z tych osób będzie cierpiało na astmę i inne choroby układu oddechowego, ile z nich umrze wskutek niewydolności oddechowej i innych chorób spowodowanych latami wdychania mikroskopijnych pyłów i chemikaliów zawartych w naszym powietrzu. Wobec tak ważnej sprawy, absolutnie nieistotne dla Was powinny być argumenty producentów pieców, zdunów i całego lobby węglowego, czy też osób pragnących spędzać sentymentalne wieczory przy kominku. Zachodzi tu konflikt: ludzkie życie kontra biznes, zdrowie kontra tradycja.

Liczę, że sumienie Zarządu oraz Radnych Sejmiku Małopolskiego nie pozwoli Im podjąć decyzji przeciwko życiu i zdrowiu mieszkańców Małopolski, decyzji innej, niż o całkowitym zakazie opalania wszelkimi paliwami stałymi oraz ciężkim olejem opałowym z pięcioletnim okresem przejściowym.

Z poważaniem,
Maciej Ochałek

Ubuntu 11.10 Oneiric Ocelot

Upgrade do Ubuntu 11.10 stał się faktem. Teraz muszę się przyzwyczaić do Unity. Będzie ciężko, bo support dwóch monitorów jest bardzo kiepskawy. Niestety zamiast Gnome Classic jest nakładka na Unity, kiepsko starego Gnome’a imitująca.
Nie da się ukryć, że Unity jest ładne i działa całkiem szybko na moim kilkuletnim Athlonie X2 4000+. Niestety, wciąż jest niedopracowane koncepcyjnie i budżyste 🙁
Oto kilka przykładów:
Na karcie Nvidii dwa monitory są przez system widziane jako jeden wielki. W efekcie nie można przenieść launchera na prawy ekran, ustawiony jako główny.
Przyciski do zamykania, maksymalizacji itp. okien przeniosłem na prawą stronę, jednak jeśli powiększe okno na cały ekran, znajdują się po lewej. Jeszcze gorzej jest z aplikacjami, które same sobie te przyciski rysują. O ile Chrome zachowuje się nieźle (przyciski zawsze są z prawej), to w przypadku napisanego w Javie RubyMine przycisków tych w ogóle nie ma 🙂
No i ten odtwarzacz Banshee. Zupełnie nie potrafi sobie poradzić z radiem internetowym. Po zapauzowaniu i odpauzowaniu albo nie robi nic, albo puszcza pierwszą MPtrójkę z mojego dysku. Rhythmbox, domyślny player do wersji 10.10, nie miał z tym najmniejszego problemu.
c.d.n.

Nieruchomości

Przeraziły mnie wyniki sondy pod niedawnym tekstem Gazety nt. zamkniętych osiedli. 95% mieszkańców jest za, pomimo tego, że, jak wspomniał ktoś w komentarzach, najbliższe miejsce w przedszkolu jest “siedem dzielnic dalej”, żeby udać się do sąsiadów z sąsiedniego bloku nie skacząc przez płoty trzeba przejść kilometr, a żeby kupić chleb trzeba zaSUVać do oddalonego o kilka km marketu, wcześniej wystawszy swoje w korkach. Tak wygląda życie na pięknych nowych osiedlach na Ruczaju lub Kurdwanowie.
Cywilizowany świat odchodzi od zamykania. Wyburzane są wręcz niektóre, żeby w osiedle wpuścić więcej “światła”, a mieszkańcy czują się bezpiecznie, gdyż nie ma ciemnych zaułków, a każdy przejaw wandalizmu czy innego zagrożenia jest tłumiony w zalążku dzięki obywatelskiej postawie tych, którzy go dojrzą i czym prędzej zgłoszą gdzie trzeba. Mieszkańcy się znają, bo spotykają się częściej niż tylko na parkingu podziemnym, kiedy wracają z pracy, dzięki czemu każdy intruz jest szybko rozpoznawany. Ale to nie u nas…

Artykuł: http://krakow.gazeta.pl/krakow/1,35798,8119136,Ci_zza_plotu_i_reszta__czyli_po_co_nam_grodzone_osiedla.html

I jeszcze mała ilustracja muzyczna:
http://w463.wrzuta.pl/audio/1o7Xdz8ZHP5/lona-_nieruchomosci