Musiałem odwieźć auto do mechanika…

Tak, mam samochód, choć bardzo mało nim jeżdżę. Zgadzam się natomiast z Michałem Beimem, który w jednym wywiadów powiedział, że nie ma nic złego w ruchu samochodowym, pod warunkiem, że samochodem jeżdżą tylko ci, co muszą.
Ale ja nie o tym. Od mechanika musiałem jakoś wrócić. Pakowanie roweru holenderskiego do bagażnika nie należy do rzeczy łatwych, ani praktycznych – najczęściej kończy się stratami, np. pogiętymi błotnikami, urwanym dzwonkiem itp. Wpadłem więc na pomysł, że wyciągnę z piwnicy swojego pełnoletniego już ”górala”, którego nie dosiadałem odkąd ponad dwa lata temu doznałem bardzo niemiłego ataku rwy kulszowej – lekarz stanowczo odradził mi jazdę w pozycji schylonej.
Pożegnawszy więc mojego nieekologicznego przyjaciela (żartuję, nie jestem z tych, którzy personifikują auta), dosiadłem swą starą dwukółkę. W tym miejscu muszę zaznaczyć, że ząb czasu był dla niej łaskawy. Rower trzymałem zawsze pod dachem i dbałem o niego jak należy, wymieniałem, co trzeba, a rama i widelec ze stali chromowo-molibdenowej są dużo bardziej trwałe, niż te ze stosowanego dziś w podobnej klasy rowerach aluminium, a równie lekkie. Jednym słowem: igła bez cienia rdzy.
Wsiadłem i … prawie spadłem. Jedyne, co mi przeszło przez myśl, to: jak mogłem przez tyle lat na czymś takim jeździć? Siedzenie na wysokości kierownicy, zgarbiona sylwetka, opony robiące „trrr” w czasie jazdy po asfalcie, ciągła praca mięśni tułowia, brzucha i rąk w celu utrzymania ciężaru na rowerze… Spojrzeć za siebie? Nie ma sprawy, najlepiej pod własną pachą. Zwrotność? Jak w tirze. Stabilność? Brak. Wysiłek? 100%. Dojechałem spocony, zmęczony i wkurzony. Ponieważ po drodze miałem odcinek terenowy (ciągnąca się od miesięcy budowa ulicy pomiędzy Mogilską, a Ostatnią, Krakowskie Niedasie zrobić legalne przejście, choć na budowie w porywach pracuje jednocześnie 5 osób), dotarłem również zakurzony i nieco obolały.
Czemu o tym wszystkim piszę? Ponieważ codziennie odpieram zarzuty, że rower nie nadaje się na środek komunikacji, że bez prysznica w pracy nie ma sensu dojeżdżać do niej rowerem, że to męczące, czasochłonne, wolne i nie dla każdego. Wreszcie, że żeby jeździć na rowerze poza “sezonem”, trzeba być jakimś hardkorem.
Otóż nie! Problemem nie jest rower jako taki. Problemem jest, najbardziej w naszym kraju wciąż rozpowszechniony rower górski. Promowany jako rower uniwersalny, naprawdę wcale nim nie jest. Wydając 2-3-5 tysięcy złotych, kupujemy pojazd rekreacyjny, lub sportowy, dostosowany do jazdy terenowej (opony, które robią „trrr”, milion biegów, mocne hamulce), nie nadający się na drogi asfaltowe, że o mieście nie wspomnę. Zgięta sylwetka rowerzysty nie tylko utrudnia obserwację otoczenia, ale również wymaga dodatkowego wysiłku mięśni w celu stałego utrzymania masy tułowia. Jadąc “głową do przodu” w przypadku zdarzenia drogowego narażamy ją na dodatkowe ryzyko jej uszkodzenia. Na myśl od razu przychodzi konieczność noszenia kasku.
Do tego dochodzi problem z ubiorem – jadąc w pozycji pochylonej bez odpowiednich rowerowych ciuchów, wystawiamy swoje lędźwie na działanie chłodu, ciężej nam się ochronić przed deszczem, a nieosłonięty łańcuch zagraża nogawce.
Jeżdżąc od dwóch lat wyłącznie na rowerze holenderskim zapomniałem o tych problemach. Ubieram się tak, jakbym miał iść lub jechać tramwajem.
Garnitur w styczniu? Nie ma problemu.
Po przejechaniu kilku km konieczny prysznic? Błagam. Jazda na holendrze nie męczy.
Piszczące hamulce? Skrzypiący łańcuch? Błotnista “śnieżka” na plecach po jeździe w deszczu? E tam. Przerzutka w piaście, hamulce w piaście, łańcuch w osłonie. Wszystko osłonięte, wodo- i brudo- odporne.
A że rower waży 20kg lub więcej? I co z tego? Służy do jeżdżenia w poziomie, nie w górach, przyspieszenie jest mniej istotne, ważniejsze są małe opory toczenia wąskich kół.
Nie jest moim celem pognębienie tych, którzy świadomie, z jakichś niezrozumiałych dla mnie powodów wybrali rower górski jako ten właściwy dla siebie. Tekst ten kieruję raczej do tych, którzy z rowerem eksperymentują, rozważają go jako poważny, całoroczny środek transportu. Do tych osób apeluję: kiedy odczujecie dyskomfort związany z użytkowaniem roweru, zastanówcie się, czy aby nie wynika to z tego, że Wasz rower nie jest przystosowany do jazdy miejskiej, zimowej, w złą pogodę i cywilnych ciuchach. Rozważcie, jak mieszkańcy krajów o bardziej rozwiniętej kulturze rowerowej, jeżdżący na dwóch kółkach przez cały rok, zakup roweru miejskiego typu holenderskiego! Używany egzemplarz znajdziecie już za 300zł, a za 1000zł możecie liczyć na pełen wypas.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *