Złośliwość na rowerze

Z tą złośliwością to bywa trudno. Wczoraj po raz kolejny jadąc Brodzińskiego z lewą ręką wyciągniętą jakbym chciał odlecieć (sygnalizowanie chęci skrętu na Kładkę Bernatka) zostałem wyprzedzony przez golfiarza, który przekroczył dwie ciągłe linie (nie jedną podwójną, lecz dwie, jedną odgradzającą pas do skrętu, a drugą kontrapas) i pomknął. Złamał tym samym przepisy za jakieś 10 punktów. Pogoniłem za gościem celem wyłożenia, co o nim myślę, ale mimo najszczerszych chęci nie dogoniłem.

Byłem jednak mocno nabuzowany, pojechałem więc dalej, myśląc sobie, wszystko mi jedno. Chciałem być złośliwy. Najpierw na moście na ul. Starowiślnej wyprzedziłem dwa busy jadąc po torach tramwajowych, ale, cholera, tramwaj nie nadjechał. Potem miałem nadzieję, że może kogoś przyblokuję na skrzyżowaniu, ale tak się światła złożyły, że ruszyłem niemal z piskiem opon (o ile można ruszyć z piskiem opon na 20-letniej holenderce), a d*py w samochodach za mną jeszcze przez 15 minut szukały pierwszego biegu. Następnie dwukrotnie (pod mostem Kotlarskim i przy rondzie Grzegórzeckim) wymusiłem (niestety, należne mi) pierwszeństwo. Myślałem, czy by nie przejechać po jakimś pieszym, ale ograniczyłem się do strąbienia dwóch kobiet, które wpakowały mi się pod koła na DDRze. I tak dotarłem do domu. Bardzo chciałem się wyżyć, zrobić komuś złośliwość, jak przystało na rowerzystę, wkurzonego piekielnego rowerzystę z sennych koszmarów Rafała Misia i, kurczę, nie udało mi się.

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *